Moja droga na zdrowy, sylwetkowy Mount Everest – Wiktoria – o sobie, o bariatrii, biznesie i o życiu


Możliwe, że już się znamy, albo dopiero dzięki temu artykułowi się poznajemy.
Studiowałam chemię kosmetyczną i stosunki międzynarodowe: dziennikarstwo międzynarodowe i europeistykę. Zawodowo zajmuję się sprzedażą aplikacji, oprogramowania IT.
Mam zdiagnozowane spektrum autyzmu, w domu jestem introwertyczna, natomiast w grupie ludzi potrafię wykrzesać z siebie więcej emocji i być ekstrawertykiem. Jestem dobrze prosperująca. Pracuję od 18. roku życia. Niebawem skończę 32 lata.

Zawsze miałam problem z „tendencją do tycia”. Moja mama urodziła mnie, gdy miała 21 lat. Mama studiowała, a ja mieszkałam z dziadkami, którzy uchylali mi nieba, abym nigdy nie czuła się w jakikolwiek sposób porzucona i niekochana. Miałam pewne wybiórczości pokarmowe, jak to ludzie w spektrum, ale miałam również kilka swoich ulubionych dań. Kiedy dziadkowie pytali mnie, co chciałabym zjeść na śniadanie, a ja powiedziałam, że pierś z kurczaka, ziemniaczki i buraczki, to do 5 minut mój dziadek stał przy „garach” i gotował mi moje ulubione posiłki niezależnie od pory dnia i nocy. Mama przyjeżdżała do domu raz na dwa tygodnie w weekendy. Ona zawsze widziała, kiedy przytyłam, gdyż nie widywałyśmy się codziennie i w weekendy próbowała mnie odchudzać i wprowadzać zdrowe nawyki żywieniowe, ale nie miała siły przebicia, gdyż nie byłam z nią cały czas.

Powiem Wam kilka rzeczy o mojej mamie. Ona zawsze była szczupła. Gdy mnie urodziła ważyła w 9 miesiącu ciąży tylko 48 kg. Jako nastolatka miałam wyrzuty, że nie wyglądam tak, jak ona i nie jestem w trendach lat 2000-2010, czyli szczupła sylwetka.
Aby osiągnąć swój cel i schudnąć wielokrotnie jako nastolatka głodziłam się, prowokowałam wymioty. Nabawiłam się zaburzeń odżywiania. Nawet kiedy chudłam, kilogramy ciągle wracały, po jakimś czasie. Nie potrafiłam jeść poprawnie.

Jako osoba dorosła zapisałam się na terapię do centrum zaburzeń odżywiania.
Wiele lat korzystałam z pomocy psychoterapeutów. Uznałam, ze centrum zaburzeń odżywiania, to moja ostatnia szansa. Czy pomogło? Nie! Rozmawianie o jedzeniu i tego co robię źle, powodowało u mnie jeszcze większe wyrzuty sumienia, karanie siebie i ponowne kompulsywne objadanie. Koło się toczyło, kolejne dni, miesiące i lata.
Korzystałam z wizyt u dietetyków, którzy polecali mi swoje produkty i kiedy je stosowałam, to chudłam, a jak tylko wracaliśmy na „normalny” tryb odżywiania, to kilogramy wracały. Miałam niedobory witamin, wypadały mi włosy, ale ciągle dążyłam do szczupłej sylwetki.

Był moment w którym się poddałam. Miałam wybraną salę weselną, narzeczonego i byłam zakochana, ale on już nie. Moje ciało się zmieniało, ja byłam większa, nie byłam już „wystarczająco dobra” dla niego. Położyłam się do łóżka i leżałam i jadłam. Jadłam więcej, nie wstawałam. Miałam problem z umyciem naczyń, wyniesieniem śmieci. Byłam grubsza i grubsza. Moje kompleksy były coraz większe, a ja nie widziałam już sensu życia.

Co się zmieniło, że teraz mogę pisać, to co teraz czytasz? Dowiedziałam się, że istnieje możliwość. Moja mama wspomniała mi, że istnieją operacje bariatryczne. To dało mi kolejną nadzieję, zmotywowało mnie do działania.
Zapisałam się na wizytę do bariatry. Moja waga początkowa to 114,8 kg. Moje BMI przekraczało 40, a otyłość była określana jako olbrzymia, czyli III. stopnia. Lekarz poinformował mnie, że jest to tzw. stopień otyłości śmiertelnej. Wiedziałam, że jest źle, ale nie myślałam, że znalazłam się w tak tragicznym położeniu. Miałam problem z wejściem na 2. piętro, łapała mnie zadyszka. Gdy chciałam wejść na 4. piętro musiałam zrobić przerwę. Pot lał mi się po tyłku przy najmniejszym wysiłku. W międzyczasie nabawiłam się stanu przed cukrzycowego i zrzucenie kilogramów było coraz trudniejsze. Korzystałam z pomocy diabetologa, ale pierwsze tabletki, które zostały mi dobrane skutkowały wszystkimi możliwymi objawami niepożądanymi.
Na pierwszej wizycie u bariatry dostałam listę badań, które mam wykonać, żebym mogła być zakwalifikowana do operacji. Kolejna wizyta zakwalifikowała mnie do operacji i musiałam czekać na termin. Dostałam wytyczne. Musiałam schudnąć 10% masy ciała, czyli około 11-12 kg. Wydawało mi się to niemożliwe. Podejmowałam już tak wiele prób i wszystkie kończyły się fiaskiem. Z odchudzaniem, jak zawsze, czekałam do ostatniej chwili. Gdy zegar już tykał coraz głośniej zdecydowałam się na przejście na dietę keto. Schudłam do operacji około 10 kg, natomiast lekarz zgodził się podjąć operacji, gdyż dużo spadło właśnie z tłuszczu, więc było miejsce w jamie brzusznej do przeprowadzenia zabiegu.
Byłam członkiem grupy na facebooku, która zrzesza ludzi przygotowujących się do operacji bariatrycznej, ale i takich, którzy już ją przebyli i motywują innych swoimi zdjeciami przed i po.

Jeden lub dwa miesiace przed operacją dowiedziałam się, że jedna z kobiet, która przeszła operację umarła. Bardzo się bałam. Zastanawiałam się nad rezygnacją.
W dniu operacji, bez ubrań, z gołym tyłkiem i tylko w koszuli szpitalnej miałam ochotę uciec z łóżka.
Minuty przed operacją dłużyły się. Wydawało mi się, że mijają godziny. Lekarz był tak sympatyczny i dodający otuchy, że zaufałam mu i zostałam. Wierzyłam mu, bo jak opowiadał o przyszłych wynikach, o tym co zrobi, to mówił o tym z pasją i zaangażowaniem.

Po operacji czułam ból, ale nastawiałam się na gorszy, więc było lepiej niż się spodziewałam. Wstałam szybciej, niż moja koleżanka z sali. Operację miałam dwie godziny przed nią, więc zasłaniałam nam rolety, odsłaniałam i robiłam kroki. Im więcej chodziłam, tym ból wydawał się być mniejszy. Spacerowałyśmy razem po szpitalnym korytarzu, a ja miałam znowu nadzieję.
Pierwsze dni po operacji były trudne. Najadałam się łyżką rosołu, łyżeczką płynnego kisielu. Ranki goiły się szybko, a ja uczyłam się mieć hamulce. Jadłam dania, które przez operacją rozpisała mi Pani dietetyk i widziałam efekty.
Kilogramy spadały, ale były też zastoje. Martwiłam się wtedy bardzo. Lekarz i Pani dietetyk mówili, że to normalne, ale porównywałam się do innych i chciałam chudnąć najwięcej ze wszystkich ludzi na grupie.

Schudłam do wagi 66,4 kg. Byłam z siebie dumna!
Pojawiły się kompleksy związane z mniej elastyczną skórą. Wcześniej była napięta, bo wypełniały ją kilogramy tłuszczu, po utracie kilogramów elastyczność spadła. Miałam duży problem z piciem wody.
Zapisywałam się na zabiegi, takie jak fala uderzeniowa na uda, która była bardzo bolesna i miałam ogromną ilość siniaków, kriolipoliza, która przy zassaniu dodatkowo rozciągała moją skórę. Jedyny zabieg, który mogę polecić, to lipoliza iniekcyjna skóry w okolicy brody. Preparat pozbył się małej ilości tkanki tłuszczowej z „drugiej brody” i dodatkowo naciągnął mi skórę, która wisiała gorzej niż u mojej 52 letniej mamy.

Czas mijał, a ja czytałam na grupie, że po 2 latach od operacji często kilogramy wracają. Dzielnie się trzymałam, ale nagle zauważyłam, że tu kilogram, tu dwa kilo i doszło do prawie 72 kg. Straciłam pracę, zaczęłam gorzej się odżywiać, tu dwa kawałki pizzy, tutaj winko. Nabawiłam się zapalenia żołądka. Ból był okropny, bolało bardziej niż operacja, wszystkie złamania, czy zerwanie więzadeł. Nie byłam w stanie stać, siedzieć ani leżeć bez bólu. wylądowałam na pogotowiu. Dostałam 5 kroplówek. Miałam niedobór B12 i innych witamin. Moje wyniki krwi były dramatyczne, a ja sama znowu czułam się jak wrak człowieka.


W moje ręce, dzięki znajomemu, trafił Program C9. Zawiera on organiczny miąższ aloesowy do picia, zaawansowaną suplementację i odżywczy koktajl białkowy. Celem programu jest oczyszczenie organizmu, regeneracja i wzrost energii, ale ponieważ suplementy programu spalają tkankę tłuszczową – mamy ujemne kilogramy, a ponieważ aloes koi stany zapalne – maleją nasze obwody całego ciała przez pozbycie się nadmiaru niepotrzebnej i niewspierającej wody. Jest to program żywieniowy, który miał mnie wprowadzić znowu na dobre tory. Bałam się kolejny raz w życiu, że będę głodna, słaba, zmęczona i kolejny raz wypadnie mi tona włosów. Uznałam, że znowu zaryzykuję, bo program miał trwać tylko 9 dni. Miałam oczyścić się z całego „syfu” zalegającego w jelitach i tkance tłuszczowej (tu gromadzi się plastik, metal i chemia z codziennego jedzenia), odżywić organizm, powrócić do picia większej ilości wody, zadbać o przewód pokarmowy, stracić ochotę na słodkie, a przy okazji stracić kilka kilogramów i centymetrów.
W 9 dni moja waga zmalała 4 kg, wrócił prawie kilogram. Ważę teraz około 68 kg i moja waga jest prawidłowa. Utrzymuję ją, dodatkowo witaminy B12 mam 200% ponad normę. Nie przyjmuję żadnych tabletek, ani zastrzyków, ale regularnie piję aloes.


Flavit mama nie wchłaniało się po Mini Gastric Bypass, tak dobrze, jak się tego spodziewałam. Stabilizowany miąższ aloesowy działa na mnie zdecydowanie lepiej. Wróciła energia, chęci do życia i czuję się znowu jak po operacji. W parze z programem poznałam świetnych ludzi, którzy uczyli mnie programu i wspierali podczas jego realizacji. Posiadać pudełko z programem to jedno, zrealizować je właściwie to drugie. Dziś to ludzie, z którymi umiem się dogadać na wiele tematów prywatnych i zawodowych i prowadzimy razem platformę Reset i Odnowa, by inspirować do zdrowych nawyków. Tworzymy też Grow Valley, czyli miejsce, w którym wspieramy się, szkolimy i idziemy w kierunku niezależności, którą każdy rozumie na swój sposób.

Bardzo doceniam, że czytasz moje słowa. Pisząc je czułam trochę obaw. Później była ulga, a teraz gdy publikujemy treść – czuję ekscytację. Chcę być przykładem i inspiracją dla innych, tak jak ja kiedyś na grupie facebookowej podglądałam moje poprzedniczki. Jeśli w mojej historii jest coś, co powoduje, że myślisz, że mogę Ci pomóc – po prostu napisz.

Dodaj komentarz